Panna Maria od wierszy

blog poświęcony twórczości i życiu Marii Znosko. Osobie zupełnie niezwykłej. Dziewczynie pięknej i utalentowanej, piszącej wspaniałe wiersze, malującej piękne obrazy. Dziewczynie, która ma tego pecha, że urodziła się z zespołem Downa.

Wpisy

  • niedziela, 15 grudnia 2013
    • migawka pięćdziesiąta czwarta - o rzucaniu ochłapów, czyli niewolnictwo

      Warsztaty plastyczne organizowane przez jedną z fundacji z Warszawy. Finansowane bardzo elegancko ze środków Unii Europejskiej. Cel warsztatów to nauczyć osoby niepełnosprawne intelektualnie rękodzieła. Najlepiej recyklingowego i tak, żeby powstały dzieła do sprzedaży. Jakaś grupa z innego kraju, ale biorącego udział w tym samym programie, robiła biżuterię z przetopionego plastiku. Powstawały medaliony, koraliki i inne gadżety. Całkiem fajne. Warszawska grupa, pod opieką malarki Doroty Brodowskiej, robiła ręcznie malowane torby. Zebrała się fajna grupa uczestników warsztatów, a wśród nich Panna Maria. Warsztaty zaczęły się od wizyty w muzeum. Organizatorzy wzięli grupę do Zachęty, słusznie uznając, że należy zapoznawać ludzi ze sztuką współczesną. O marności ekspozycji w jednej z najważniejszych w kraju galerii, mówić nie będziemy, bo to w końcu nie recenzja wystawy tylko relacja z warsztatów. Grunt, że uczestnikom wycieczka się podobała.

      Następnie grupa zebrała się w weekend, żeby pod czujnym okiem prowadzącej, nauczyć się malować na materiale, z którego będą torby. Nauka szła gładko, uczestnicy byli chętni do pracy i zdolni. Atmosfera też przyjemna, tak przy pracy jak i w przerwach na kawie i ciasteczku.

      No i w którymś momencie musiało paść to pytanie... Krzysztof, najbardziej dociekliwy z grupy, powiedział co wie na temat programu oraz celu i zapytał, czy jak torby będą gotowe i pójdą do sprzedaży to czy oni, wykonawcy dostaną pieniądze. Nie ma z czym dyskutować - skoro jest praca i produkt to musi być też płaca. Nawiasem mówiąc, w projekcie był punkt "wynagrodzenie dla uczestników warsztatów". Organizatorzy wcale nie chcieli jakichś bajońskich sum, ale jednak chcieli wynagrodzić trud tak, jak należy wynagradzać. Tymczasem nadrzędna organizacja wykreśliła ten punkt. Warsztaty? Proszę bardzo! Ale jedynym wynagrodzeniem dla uczestników jest sama możliwość wzięcia udziału w programie. No... ewentualnie jakiś dyplom.

      - Albo jakaś bombonierka lub coś co sprawi im przyjemność... - podsunęła pomysł jedna pani.

      - Im sprawi przyjemność kaska - padła natychmiastowa odpowiedź.

      Na mieście miliardy bałamutnych, idiotycznych billboardów nawołujących do zatrudniania osób niepełnosprawnych intelektualnie. Wciąż się wszędzie mówi o konieczności stworzenia szans i aktywizacji zawodowej. Jak grzyby po deszczu powstają kolejne fundacje i stowarzyszenie prowadzące warsztaty przysposabiające do pracy, ale znajdujące jedynie prace wolontaryjne. Ot, choćby Panna Maria - przez jedną taką organizację znalazła pracę w second handzie i niech nikomu się nie wydaje, że to jest lekka praca. Lubiła swoją pracę, bo właściwie czemu nie? Ale jedyne co z tego miała to praktykę oraz możliwość kupienia przedmiotów z oferty sklepu po niższej cenie. I wszyscy oni tak żyją - pracując za darmo w sklepach, restauracjach, domach opieki. Wszystko to wolontariat, na którym zdobywają doświadczenie. Jeśli poświadczone na papierze to mają tego doświadczenia tyle, że spokojnie mogą sobie nim wytapetować całkiem spory pokój. Względnie zanieść te zaświadczenia do skupu makulatury i uzyskać może w ten sposób jakieś pieniądze.

      Odwalają swoją - ciężką często - pracę rzetelnie, bo im zależy. Bo wierzą, że jeśli będą się przykładać i okażą się dobrzy w zadaniach im postawionych to wreszcie ktoś ich potraktuje normalnie i podpisze z nimi umowę oraz będzie płacił. Tymczasem okres próbny dobiega końca a oni dostają co? Dyplom! I jakoś nikt nie widzi, że na ich pracy jednak zostały zarobione jakieś pieniądze.

      Nie chodzi o to, że fundacje i stowarzyszenia organizujące kursy i warsztaty są złe. Oni być może naprawdę chcą znaleźć swoim podopiecznym pracę i zapewnić im normalne traktowanie. Szkoda tylko, że straszne pieniądze idą na wydruki billboardów o bałamutnych treściach, a ci, których te billboardy dotyczą żyją za głodowe renty w wysokości około 500 złotych  miesięcznie i nie mają żadnych możliwości dorobienia. Mimo że codziennie się starają o to, żeby traktować ich normalnie. Żeby nie głaskać ich po główkach i nie wręczać im kolejnego dyplomu choćby i z bombonierką! Oni są upośledzeni intelektualnie, ale nie są idiotami i doskonale wiedzą, że za pracę należy się płaca!

      Tym, którzy z wniosków o dofinansowanie warsztatów wykreślają punkt "wynagrodzenie dla uczestników", życzymy żeby w ramach swojej kolejnej wypłaty dostali bombonierkę, dyplom lub jakiś inny gadżet, który sprawi im przyjemność. Ciekawe jak dyplomem opłacą czynsz, jak kupią mydło czy bułkę na śniadanie?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      zuzudanslemetro
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 grudnia 2013 15:50
  • poniedziałek, 06 maja 2013
    • migawka pięćdziesiąta trzecia - Praca czyni wolnym!

      Odkąd Panna Maria zakończyła swoją współpracę z pewną bardzo znaną siecią z pizzą, szuka pracy. W sieciówce Panna Maria miała swój zakres obowiązków, dobry dojazd, cywilizowane warunki, jakąś tam część etatu i wszystko to, co powinien mieć człowiek pracujący. Ale, niestety, nic co dobre nie może trwać wiecznie. Co z tego, że była dobrym pracownikiem skoro dofinansowanie na zatrudnianie osób niepełnosprawnych się skończyło i firma musiała porozwiązywać umowy. Pannę Marię pracodawca trzymał dopóki się dało, bo była zwyczajnie dobrym pracownikiem i kochała swoją pracę. Z entuzjazmem wykonywała swoje zadania, a w życiu codziennym też się lepiej czuła, mając świadomość, że ma swój wkład w domowy budżet. O ileż fajniej jest kupić sobie kieckę kiedy się na nią zarobiło niż wiecznie być na łasce (choćby nikt tej łaski nie robił) reszty rodziny. Prawda, że fajniej jest nie musieć się prosić?...

      No ale niestety dobra praca się skończyła i Panna Maria, szukając czegoś nowego, zapisywała się na kolejne kursy aktywizacji zawodowej, z nadzieją, że przez którąś z fundacji znajdzie pracę. Szkoleniowcy na ogół byli ludźmi z misją i prawdziwą chęcią pomocy w znalezieniu pracy. Cóż z tego, skoro większość propozycji to były prace wolontaryjne? Panna Maria chodziła i do tych prac, bo z dwojga złego lepiej popracować choćby za darmo niż siedzieć w domu.

      Któregoś dnia zadzwoniła pani z fundacji z dobrą wiadomością, że jest praca! Jest zakład pracy, który zatrudnia wyłącznie inwalidów, co w dzisiejszych czasach jest ewenementem. Matka Panny Marii zadzwoniła pod podany numer...

      Rozmowa, którą odbyła była nader dziwna. Pani po drugiej stronie słuchawki odpowiadała w sposób mocno nieuprzejmy, zaznaczając raz po raz krzykiem, że "to nie są warsztaty terapii zajęciowej! To normalna praca! Żadnej taryfy ulgowej!". No, fajnie, chyba wszyscy to rozumieją, że praca to jest praca, ale na dobrą sprawę, kto chciałby pracować w miejscu, gdzie już przy pierwszym kontakcie jest się skrzyczanym? Jeśli dodamy do tego, że zakład pracy znajduje się na wygwizdowie słynącym z komina elektrociepłowni, gdzie dojeżdża jeden jedyny autobus, płaca jest minimalna, pracuje się osiem godzin i w zakładzie trzeba być o wpół do siódmej rano... No i te krzyki pani z sekretariatu... Płaca jak płaca. W naszym pięknym kraju płace na ogół są niskie. Gorzej, że praca nudna i monotonna. Godzina rozpoczęcia pracy, biorąc pod uwagę lokalizację zakładu, nieludzka. Panna Maria musiałaby chyba wychodzić wieczorem z domu, żeby zdążyć tam na siódmą a i to nie wiadomo, bo droga dojazdowa lubi być zakorkowana przez długie godziny. Spóźnienie i ochrzan od pani dyspozytorki! Nie ważne, że jeździ jeden autobus. Nie ważne, że raz na godzinę. Ordnung muss sein!

      Pani Zuza zastanowiła się tylko przelotnie, czy zakład pracy na bramie ma wypisaną pewną słynną niemiecką maksymę?...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuzudanslemetro
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 maja 2013 23:33
  • niedziela, 28 kwietnia 2013
    • migawka pięćdziesiąta druga - Pimpuś (ale nie Sadełko)

      Panna Maria jeszcze niedawno na wszelkie propozycje znalezienia dla Pimpka domu, odpowiadała, że proszę bardzo, ale po jej trupie. Bo Pimpka pokochała od pierwszego kopa, a było to tak:

      Któregoś styczniowego mroźnego dnia Pani Zuza zadzwoniła do matki. Chwilę pogadały, po czym matka mówi:"Słuchaj, ale ja mam tu problem. Pod sklepem pęta się piesek, chyba się zgubił. Ja nie wiem, co mam zrobić". Pani Zuza natychmiast odpowiedziała, że jak to co robić?! Wziąć do domu, nakarmić i potem się martwić. Mały pieseczek został więc zabrany do domu, nakarmiony i zaczęła się akcja poszukiwania człowieka pieseczka. Bo może się zgubił i ktoś za nim tęskni?... Chociaż Pani Zuza od razu stwierdziła, że właśnie zaczął się okres wywalania prezentów gwiazdkowych. Ferie, z psem nie ma co zrobić, był zabawny pod choinką ale już codzienne spacery i psoty pieska nie są takie zabawne, więc co? No wiadomo - najłatwiej wykopać na mróz! Panna Maria z Panią Zuzą założyły wydarzenie na FB. Właściciel się nie znalazł, ale siostry dowiedziały się, że Pimpek nie jest skundlonym pekińczykiem tylko spanielem tybetańskim. Poszukiwania człowieka trwały. Pimpek został pokazany w telewizji, Pani Zuza i Kasia - przyjaciółka rodziny przeczesywały psie fora w necie, ale wszystko na nic.

      Pieseczek był kilkumiesięczny. Wszystko coraz bardziej wskazywało na to, że to "dobrzy" ludzie mieli w sobie na tyle miłosierdzia, że wyrzucili pieska na mróz, a przecież mogli zabić. Tak, proszę państwa, są tacy ludzie, którzy uważają, że ze zwierzętami nie można empatyzować, bo to tylko zwierzę. Ale nie oszukujmy się - po stosunku do zwierzęcia można ocenić poziom człowieczeństwa. Nie zawsze, oczywiście, ale w wielu wypadkach się to sprawdza.

      Zatem pieseczek został i Pimpek stało się jego imieniem oficjalnym. Ku radości nestorów rodu, bowiem mieli kiedyś suczkę o imieniu Pimpka. Pimpek ładniał z dnia na dzień. Każdego wchodzącego do domu wita z uśmiechem i prośbą o pieszczoty. Lubi się bawić i jest śmieszny jak nie wiadomo co. Kiedy Panna Maria z bratem wygłupiają się z Pimpulkiem, aż chce się im podpowiedzieć, żeby założyli grupę cyrkową "Niesamowite rodzeństwo i Niewiarygodny Pimpolina".
      Pimpek ma w sobie tyle uroku, że starsza sąsiadka gotowała dla niego rosołki, które piesek zjadał z dziką przyjemnością.

      Piesek ma kilka zwyczajów: Jak na spaniela tybetańskiego przystało, ma kocią naturę i kiedy się go woła, łaskawie spojrzy. Na spacerkach, odpowiadając na wiadomości innych psów, warczy i szczeka na obsikane drzewa. Wydaje mu się, że jest ogromnym psem i zaczepia wszystkie co większe psy w okolicy. Jest wesolutki i niekłopotliwy. Aż dziw, że ktoś go nie kochał i wywalił z domu. Ale może na szczęście? Pimpek znalazł kochający dom i kochającą Pannę Marię, która - jak się rzekło - mówi, że Pimpka można oddać, ale tylko po jej trupie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuzudanslemetro
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 kwietnia 2013 20:19
  • piątek, 25 stycznia 2013
    • migawka pięćdziesiąta pierwsza - Same zgryzoty...

      Pani Zuza nie jest, oczywiście, jedyną starszą siostrą człowieka z zespołem Downa. I nie jest też jedyną starszą siostrą, która walczy o normalne, fajne życie swojego młodszego rodzeństwa. Jakiś czas temu odezwała się do Pani Zuzy Kropka. Bezskutecznie od czterech lat Kropka szuka dobrego psychiatry dla swojego brata. Brat cierpi na depresję i stany lękowe po śmierci swojej mamy. Pani Zuzie wydawało się to takie proste znaleźć kogoś odpowiedniego, ale... inaczej się żyje w wielkim mieście, a inaczej w małym. Brat Kropki jest dorosłych chłopakiem z zespołem Downa. Pisze, maluje, chodzi na wędrówki. Od śmierci mamy jest smutny, zamknięty, ma zawroty głowy i boi się, że upadnie. Chodzi też na zajęcia dla osób niepełnosprawnych do specjalnego ośrodka. Pani Zuza zawsze zastanawiała się, co też myślą sobie właściwie ludzie prowadzący takie ośrodki? Że mają do czynienia z wiecznymi dziećmi? Że sensowniej jest z nimi robić przedstawienia jak w przedszkolu? Jasełka albo Czerwonego Kapturka? Czemu nie Romeo i Julię? Przecież w świecie osób niepełnosprawnych też istnieje miłość. I też tak szalenie trudna przez uprzedzenia "dorosłych". 

      Oddajmy głos Kropce: " Tymczasem Sebastian lepiej się czuje po nowych-starych lekach, ale nadal kręci mu się w głowie. Nie chce jeździć na warsztaty do ośrodka - a to boli go głowa, a to brzuch, a to opóźnia wyjście z domu tak, że wiadomym jest, iż autobus mu ucieknie... Tato się denerwuje, ale ja mu tłumaczę, że coś się musi tam dziać, że Sebastian aż tak bardzo nie chce. Moim zdaniem to osoba pełno, czy niepełnosprawna każda z osobna jest zbyt indywidualna, aby chciała na dłuższą metę w zadowoleniu działać stadnie... Co z tego, że co roku wystawiają jasełka i ludzie mówią, no dużo dobrego tam się dzieje - wystawiają jasełka, jeżdżą raz w roku na basen, do kina. Sebastian nigdy nie brał tam udziału w jasełkach, gdyż występy publiczne to dla niego totalny stres, chociaż ma, skubany, zdolności aktorskie i takie powiedziałabym wodzirejskie... Film w kinie nie podobał mu się, bo to była animacja, nie pamiętam jaki film, ale jakiś taki wiesz z tych a la Shrek. Sebastian uważa, że filmy animowane są dla dzieci, a on dzieckiem już nie jest i już i tak można mnożyć przykłady. Wychodzi na to, że niewiele jest rzeczy, które się Sebastianowi tam podobają, a jak już jest OK, bo jest coś plastycznego, to co pół roku chyba trzeba zmieniać grupę i wychowawcę. A informatyka, to granie w gry przez 8 godzin, a Sebę gry zupełnie nie interesują. Przynajmniej wirtualne. I to jest tak jak ze wszystkimi takimi miejscami. Tylko Ci co są tam wiedzą, co się tam dzieje naprawdę. Dla tych na zewnątrz wszystko jest cacy, bo oznaki zewnętrzne są OK dla przeciętnego obserwatora. Nieuważnego. Osoby starsze zaś, niepełnosprawne są w pewien sposób bezradne i czasem pewnie nawet nie potrafią ująć w słowa, co jest nie tak. Sebastian skarży się, że się śmieją z niego. Psychiatra pyta, kto się śmieje. Sebastian milczy. A ja uważam, że pytanie zostało źle postawione... Trudno mi się też przebić z tym, że uważam obawy Sebastiana za zasadne. Ja wiem, że alternatywą dla Seby jest siedzenie w domu."  

      No, rzeczywiście! Dużo dobrego się dzieje, że wychowawcy raz w roku zabiorą dorosłych podopiecznych na film dla dzieci! Szkoda, że nie na pełnoekranową wersję Teletubisiów! Dlaczego wychowawcy - ludzie, którzy przecież pracują z osobami niepełnosprawnymi na co dzień - nie mają w sobie dość odwagi, żeby zabrać podopiecznych na film Tarantino, Scorsese, Wajdy? Dlaczego nie chcą im pokazywać prawdziwego piękna tego świata i prawdziwych dzieł sztuki? Dlaczego nie chcą pomóc w kształtowaniu gustu i percepcji, tylko upupiają swoich wychowanków, którzy i tak mają pod górkę. Dlaczego każą im być wiecznymi dziećmi?...  

      Tymczasem Pani Zuza namawia Pannę Marię i Sebastiana (za pośrednictwem Kropki), żeby nawiązali korespondencję. To chyba mogłoby zdać egzamin - pisać do siebie, dzielić się swoimi myślami i mieć wreszcie kolegę tylko dla siebie. Nie przyjaciół z puli znajomych starszych sióstr, tylko swoich własnych. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „migawka pięćdziesiąta pierwsza - Same zgryzoty...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuzudanslemetro
      Czas publikacji:
      piątek, 25 stycznia 2013 09:57
  • piątek, 11 stycznia 2013
    • migawka pięćdziesiąta - próbując dorosnąć

      Z obserwacji wynika, że świat już dojrzał do świadomości, że istnieją dzieci z zespołem Downa. Dużo się o tym mówi, pisze, pokazuje w mediach. Przeciętny człowiek już wie, że są takie dzieci i że są przymilne, kochane, tulące się do wszystkich bez wyjątku. Nie do końca jest to prawda. Pani Zuza jak dziś pamięta czas, kiedy Panna Maria była jeszcze małą dziewczynką i pewien - dorosły już - chłopak wpadł w odwiedziny do rodzinnego domu sióstr. Usiadł przy Pannie Marii i coś tam słodko do niej zagadał. Panna Maria odsunęła się od niego ze wzgardą i krzyknęła do siostry: "Zuza, weź to szybko!". Taaak, Panna Maria od urodzenia niemalże odznaczała się żelaznym charakterem.

      W każdym razie, jak zostało powiedziane, świat już dojrzał do zaakceptowania, że istnieją dzieci z zespołem Downa. Już nikt nie zagląda z chorobliwą ciekawością w wózki, nikt nie zadaje głupich pytań, a ludzie w autobusach i tramwajach okazują serdeczną sympatię matkom dzieci z trisomią. I to jest bardzo dobrze, aczkolwiek popularyzatorom problemu umknął pewien szczegół - wszędzie jest mowa o dzieciach z zespołem Downa, a co z dorosłymi? Powiedzmy sobie szczerze: medycynę mamy na coraz wyższym poziomie, wydłuża się średnia życia w ogóle, a zatem będzie coraz więcej dorosłych osób z zespołem Downa. I fajnie by było, żeby mogli swoje życie przeżyć jak najlepiej, niekoniecznie w gettach dziennego pobytu, chodząc po ulicach jedynie za rączkę z mamusią, tatusiem lub starszym rodzeństwem. Fajnie by było, gdyby ludzie napotkani w mieście przestali mówić do każdego człowieka z zespołem Downa per ty. Panią Zuzę krew zalewa (ale i Pannę Marię też), kiedy wsiadają do tramwaju,  a nagle podrywa się pozytywistycznie usposobiona kobieta i mówi do Marii: "siadaj, malutka". "Malutka" zaś jest dobrze zbudowaną młodą kobietą, silną jak tur i zdrową jak marchewka. Ale przede wszystkim jest dorosła! I jeśli ktoś uważa, że ze względu na niepełnosprawność Panny Marii należy jej ustąpić miejsce, to należałoby raczej powiedzieć: "może chce pani usiąść?". Jakoś tak jest, że nie żyjemy w Anglii i forma "ty" jest odpowiednia tylko wobec osób, które są naszymi dobrymi znajomymi bądź dzieci. W żadnym wypadku nie jest to elegancka forma w odniesieniu do obcej dorosłej osoby. No, ale skąd taka pani w autobusie ma to wiedzieć, skoro z mediów dowiaduje się jedynie, że są dzieci z zespołem Downa? Dzieci! Nie ludzie. 

      Inna sytuacja - rodzinny jubel. Na stole smakołyki, rodzina prowadzi sobie swoje zwykłe rozmówki. Wszyscy są mili, uśmiechnięci, a że temperamenty sycylijskie to i gwar wokół stołu spory. Pani Zuza na jubel przynosi butelkę nalewki. Pysznej, leciutkiej nalewki. Brat rozlewa nalewkę do kieliszków, Panna Maria podnosi swój i zdjęta serdecznością wobec rodziny, zwraca się do jednej z ciotek, mówiąc: "Twoje zdrowie". Ciotka, osoba naprawdę bardzo fajna i mądra i dowcipna, nagle poważnieje i mówi: "Wolałabym, Marysiu, żebyś moje zdrowie wypiła herbatą". Niby nic takiego, ciotka może po prostu uważać, że alkohol to nie jest dobra rzecz dla ludzi. Sęk w tym, że raczej nie powiedziałaby tego samego do kogokolwiek innego dorosłego, kto chciałby wypić jej zdrowie. No, może ewentualnie do Pani Zuzy... Ale Pani Zuza ma w rodzinie status enfant terrible, starannie z resztą przez lata wypracowany i na pewno nie przejmie się taką uwagą. Panna Maria zaś zawsze w takich momentach powtarza: "jestem dorosła". Czy wypada w ogóle dorosłemu człowiekowi zwracać uwagę, że robi coś, co jest dla dorosłych i mówić mu, że to nie jest dobre? Czy w ogóle wypada wychowywać dorosłego człowieka? Pani Zuza ma z tym mały problem. Bo z jednej strony traktuje swoją siostrę tak normalnie jak każdego ze swoich przyjaciół, a jednocześnie jest czasem zmuszona powiedzieć Pannie Marii, żeby zachowywała się normalnie, skoro chce być normalnie traktowana. Problem w tym, że człowiek z zespołem Downa czasem - na ogół - zachowuje się zupełnie normalnie, jak normalny dorosły człowiek, a czasem nagle włącza się w nim uparte, krnąbrne dziecko. Ale z drugiej strony: czy w ludziach w ogóle nie budzi się czasem zbuntowane, złe dziecko?...

      Traktujmy dorosłych z zespołem Downa jak dorosłych. Taki jest apel Pani Zuzy. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „migawka pięćdziesiąta - próbując dorosnąć”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuzudanslemetro
      Czas publikacji:
      piątek, 11 stycznia 2013 09:37
  • poniedziałek, 17 grudnia 2012
  • niedziela, 02 grudnia 2012
    • migawka czterdziesta ósma - rachunek sumienia

      No i spędziły siostry na tym blogu rok. Rok i dwa miesiące.  Pani Zuza co prawda planowała wpis dokładnie w rocznicę powstania bloga, ale jakoś tak się wydarzyło, że zapomniała. Może przez to, że między innymi dzięki pisaniu tutaj o swojej siostrze, dała siostrze najlepszy prezent - osobną karierę artystyczną, do której Panna Maria już nie potrzebuje wspólniczki.

      Pani Zuza nadała kierunek. Pokazała, że można i że trzeba światu pokazać i codzienne i twórcze życie człowieka z zespołem Downa. Powiedziała jasno i wyraźnie, że to co wielu ludzi uważa za dobroczynność jest de facto zbrodniczą bezmyślnością i kastrowaniem potencjału ludzi upośledzonych. Nie zgodziła się na łzawe reportaże, w których upośledzeni bohaterowie mają jedyną pasję - oglądanie seriali telewizyjnych, a ich matki to zahukane, bezbarwne i przedwcześnie postarzałe kobiety. 

      I w ten sposób Panna Maria stała się pełnoprawną artystką. Co się wydarzyło przez ten rok? Przede wszystkim siostry postanowiły, że zaczną pisać tego bloga. Że napiszą o marzeniach, złudzeniach, miłościach, dążeniach.  Że zapoznają przynajmniej kawałek świata z twórczością Panny Marii. Jednocześnie Panna Maria uwierzyła mocniej w siebie. Zdała sobie sprawę z tego, że jej twórczość zarówno poetycka, jak i plastyczna ma sens i wartość oraz że są to normalne produkty, na których można zarobić. Nie krzywmy się, kaska jest ważna i nie wierzcie w legendy o artystach, którzy tworzą wyłącznie dla sztuki. Artysta - nawet jeśli ma zespół Downa - to taki sam człowiek jak każdy inny i jeść musi. Musi też poopłacać swoje rachunki, a czasem chciałby sobie kupić nową kieckę albo iść do fryzjera. 

      Zatem podsumyjmy:

      - Panna Maria od Wierszy dotarła do finału konkursu na Blog Roku 2011, mimo że jej blog był najkrótszy stażem. Nominacja była oczywiście istotna, aczkolwiek - powiedzmy sobie szczerze - Panna Maria była rozczarowana, że nie zdobyła żadnej nagrody. Niemniej dyplom za nominację wisi w salonie.

      - Panna Maria z wierszem o zielonej żabie, która jest po prostu alegorią życia, zdobyła III miejsce na konkursie podczas Manifestacji Poetyckich organizowanych przez Staromiejski Dom Kultury. (nawiasem mówiąc w tym samym konkursie startowała reżyserka Pani Zuzy, która również jest poetką i nie zajęła żadnego miejsca, a wiersz jej wystawiony do konkursu był bardzo dobry)

      - Panna Maria zapozowała do zdjęcia, z którego następnie zrobiono mural w Trójmieście. Akcja muralowa jest kampanią na rzecz osób niepełnosprawnych.

      - Panna Maria nawiązała współpracę z pewną fundacją, która najpierw miała wyprodukować spektakl na podstawie tekstów Panny Marii, ale potem pani producent przestała być miła i współpracująca. Jednak prawa do wykorzystywania wierszy Panny Marii zakupiła za uczciwą cenę i wiersze są prezentowane publiczności.

      - Panna Maria udzieliła wywiadu znanej dziennikarce ze znanej gazety. Wywiad się nigdy nie ukazał. Nie wiadomo z jakich przyczyn. Być może życie Panny Marii nie pasuje do kliszy, jaką nałożyła pani dziennikarka i jest zbyt kolorowe.

      - Panna Maria udzieliła również przepięknego wywiadu przeuroczej osobie, jaką jest Agnieszka Dulęba. Nic na razie więcej nie powiemy, bo to sekret zawodowy, ale zdjęcia z tego spotkania ma Panna Maria przepiękne. Zdecydowanie poprosimy o więcej takich ludzi, jak Agnieszka!

      - Za parę dni odbędzie się wernisaż Panny Marii i Zbigniewa Brodowskiego (jej dziadka), Doroty Brodowskiej (jej matki) i Kacpra Znosko (jej brata) - wszyscy malarze. Wystawę będzie można oglądać w warszawskiej galerii Młynek od 9 grudnia.

      - Panna Maria chodzi również na różne szkolenia zawodowe, efektem czego jest praca. Niestety wolontaryjna...

      Chyba całkiem przyzwoity roczny dorobek, prawda?

      Oczywiście sława ma też swoje ciemne strony i przez ten rok siostry miały okazję spotkać się z ludźmi, którzy uważali, że praca Panny Marii jest nieważna, Pani Zuza chce się wypromować na plecach siostry i że "wystarczy być niepełnosprawnym i już człowieka uznają i głaszczą po głowie". Tym, którzy tak twierdzą, odpowiadamy: Pani Zuza nie ma kompletnie nic z tego, że prowadzi bloga i stronę na FB Panny Marii; praca jest zawsze ważna; wystarczy być niepełnosprawnym, żeby zostać uznanym? Serio? A chcecie się zamienić z Panną Marią?

      Teraz trwają przygotowania do wystawy. Zatem czekamy na reportaż z tego wydarzenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „migawka czterdziesta ósma - rachunek sumienia”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuzudanslemetro
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 grudnia 2012 20:35
  • czwartek, 27 września 2012
    • migawka czterdziesta siódma - trudne tematy

      Temat powraca cyklicznie jak przypływ - dyskusja na temat ustawy antyaborcyjnej. Jakoś tak dziwnie pojawia się zawsze kiedy zbliżają się wybory parlamentarne. Zwolennicy prawa do aborcji traktowani są przez swoich oponentów jak "zmuszający do aborcji", przeciwnicy zaś... przeciwnicy zaś uwielbiają się wypowiadać na tematy, o których nie mają pojęcia. A w każdym razie niezwykle rzadko wiedzą o czym mówią. 

      Otóż dziś Pani Zuza znalazła w necie zdjęcie bardzo ładnej dziewczynki z zespołem Downa oraz podpisem, że "Moje prawo do życia nie może się opierać na czyjejś opinii o normalności". Postulat jak najbardziej słuszny i Pani Zuza jest ostatnią osobą, która namawiałaby kogokolwiek do aborcji z powodu dodatkowego chromosomu u płodu. Ale Pani Zuza wie, jak to jest wychowywać człowieka z zespołem Downa. I wie, że nie ma się czego bać i że to życie może być bardzo fajnym życiem, a każdy sukces być mega sukcesem, bo mało, że osiąga się coś, co nie każdy może osiągnąć to trzeba jeszcze być gotowym na przełamywanie barier społecznych, mentalnych i własnych. I Pani Zuza wie, że nie każdy jest w stanie wziąć na siebie tę odpowiedzialność. Czy gdyby dzisiaj Pani Zuza zaszła w ciążę i okazałoby się, że jej dziecko ma zespół Downa, usunęłaby ciążę? Nie. Ale tylko dlatego, że ma siostrę - Pannę Marię - i całe życie obserwowała swoją matkę, która nigdy, przenigdy nie pisnęła nawet, że jest jej ciężej niż innym matkom. A na pewno było. Na przykład wtedy, kiedy Panna Maria była maleńka i pojawiła się nadzieja, że w Niemczech jest lekarz, który leczy dzieci z zespołem Downa. Jeździła tam z Panną Marią co jakiś czas. Nie wiadomo, czy terapia coś dała. W każdym razie nikt nigdy nie słyszał o cudownym ozdrowieniu człowieka z zespołem Downa. Matka sióstr któregoś listopadowego dnia wracała pociągiem z Niemiec. Nie miała jak zawiadomić rodziny o opóźnieniu pociągu, na ręku miała malutką córeczkę, w plecaku i w pakunkach prezenty dla rodziny. Warszawa przywitała ją deszczem, wiatrem i chłodem. Oraz taksówkarzem, który gdy się zorientował, że wracają z Zachodu, koniecznie chciał za kurs otrzymać sumę pieniędzy wystarczającą do przeżycia miesiąca. Czy wtedy nie czuła się wściekła, sama, zmęczona i rozżalona, że to wszystko przez ten głupi, dodatkowy chromosom?!

      A te wszystkie nachalne spojrzenia ludzi, kiedy Panna Maria była malutka? W tamtych czasach z pewnością było dokładnie tyle samo ludzi upośledzonych co teraz, ale ich rodziny nie wystawiały ich na widok publiczny. Może się wstydzili, że takie nieszczęście ich właśnie spotkało? A może nie chcieli kaleczyć ludzkiego wzroku? Nie wiadomo. Matka Panny Marii chodziła na spacery i ze stoickim spokojem znosiła i spojrzenia i obrzydliwe pytania. 

      A brat Panny Marii? Nigdy się z tego siostrom nie zwierzył, ale wiadomo, że nie raz musiał stoczyć walkę w obronie czci siostry, bo ją w szkole wyśmiewali. Albo jego, tak jakby to była jego wina i jakoś go określało, że ma "taką siostrę"!

      Czy gdyby matka sióstr wiedziała przed porodem, że jest dodatkowy chromosom, chciałaby usunąć ciążę? Bardzo możliwe. Nigdy o tym nie mówiła, a Pani Zuza uważa, że niezręcznie jest zadać to pytanie.

      Czy gdyby istniała magiczna pigułka, która uczyniłaby z Panny Marii normalną kobietę, podałaby jej ją? Na pewno. Bo Panna Maria o niczym innym nie marzy niż być normalnym człowiekiem. Tak jak Pinokio.

      Czy urodzenie dziecka z zespołem Downa i oddanie go do sierocińca jest lepsze niż usunięcie ciąży? Ciężko ocenić, ale wiadomo, że bardzo często dzisiaj kobiety decydują się na zostawienie swojego świeżo narodzonego dziecka w szpitalu. I nie są to kobiety z nizin społecznych. Są to wykształcone, dobrze sytuowane kobiety, którym po prostu dziecko-down nie pasuje do życia, jakie sobie zaplanowały. Na pewno jest to mniejszy egoizm niż aborcja? Jakie te dzieci mają szanse na adopcję i dobre życie? 

      Czy wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji ma sens? Żadnego. Pewien dyktator, którego tłum zlinczował w pewien bożonarodzeniowy dzień, też wprowadził całkowity zakaz aborcji. W Rumunii przez lata rodziło się mnóstwo dzieci, które trafiały do sierocińców. A tak naprawdę do umieralni dla dzieci. Wielu z wychowanków rumuńskich domów dziecka to były właśnie dzieci z różnego rodzaju upośledzeniami. Mnóstwo kobiet umarło podczas pokątnych zabiegów. Nakaz rozmnażania się posunięty był do absurdu. Matki dziesięciorga dzieci ogłaszane były bohaterkami narodowymi, a bezdzietni płacili "bykowe", od którego nie zwalniała nawet niemożność posiadania dzieci ze względów medycznych. Z innych względów lud się zbuntował. Ale jak już się zbuntował to światło dzienne ujrzały potworne sierocińce, a reportaże z nich są równie przerażające, co archiwalne zdjęcia z obozów koncentracyjnych. Czy aby na pewno tego chcemy?... Czy aby na pewno chcemy być Rumunią z lat 80-tych?...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuzudanslemetro
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 września 2012 14:59
  • wtorek, 17 lipca 2012
    • migawka czterdziesta szósta - rozpacz płynie rzeką poprzez świat

      Piąta nad ranem. Pani Zuza obudziła się godzinę temu, sięgnęła po pewien cotygodniowy dodatek do gazety, przeczytała artykuł Pani Redaktor, która kiedyś była u Panny Marii. 

      Panna Maria wtedy poczuła się ważna i stremowana. Z jednej strony ucieszyło ją, że ludzie czytają migawki z jej życia i jej wiersze. Z drugiej strony to był pierwszy raz, kiedy przyszedł do niej dziennikarz. Prawdziwy dziennikarz, żeby przeprowadzić prawdziwy wywiad! To zobowiązuje i człowiek nie zawsze wie, jak się zachować. Siedziała Panna Maria z siostrą i matką i rozmawiały z Panią Redaktor. Niszczyły mity. Pani Redaktor zobaczyła trzy kobiety, kolorowo ubrane, pijące kawę i swobodnie rozmawiające. "Tak, to prawda, byłam trochę przerażona, jak urodziła się Panna Maria, ale ponieważ Maria ma brata bliźniaka, nie miałam czasu się nad tym roztkliwiać i wychowywani byli oboje tak samo"; "Nie, ojciec Panny Marii nie odszedł od nas po urodzeniu córki. Rozstaliśmy się, kiedy Panna Maria miała 16 lat z zupełnie innych przyczyn niż zespół Downa u naszego dziecka"; "Nie, nie zrezygnowałam ze swojej pracy zawodowej"; "Nie, nie będę się unieszczęśliwiać. Nieszczęśliwy rodzic nie wychowa szczęśliwego dziecka"; "Tak, zawsze dążyłam do tego, żeby Panna Maria była samodzielna"- to słowa matki.

      Panna Maria pokazywała Pani Redaktor swój pokój, gdzie wisi kolekcja dzieł sztuki, swoje wiersze, obrazy. Przygotowywała kawę i wyznała, że to nie tak, że lepiej się czuje w towarzystwie ludzi z zespołem Downa. Że czasem lepiej czuje się z nimi, a czasem lepiej z normalnymi. Zwłaszcza, że imprezy ludzi z zespołem Downa - przez to, że są wiecznie traktowani jak dzieci - oznaczają soczek i ciasteczko, a nie setkę i śledzia. Czy choćby piwo i orzeszki.

      Nie wiadomo, czemu wywiad z Panną Marią się nie ukazał. Może trochę szkoda? Może dziewczyny, które właśnie urodziły dziecko z zespołem Downa przeczytałyby ten wywiad i zobaczyły, że może być normalnie? Że anomalia nie powoduje ich spadku w hierarchii społecznej? Że to tylko dodatkowy chromosom, a nie koniec świata? 

      Taaaak, ten wywiad się nie ukazał. Wywiad, który mógłby faktycznie pomóc ludziom z zespołem Downa. Który pokazałby, że ich marzeniem nie jest spędzanie życia w domu opieki dziennej, tylko normalne życie.

      Ukazał się za to inny. Tej samej Pani Redaktor. O dorosłych ludziach z upośledzeniem intelektualnym połączonym z pewną niepełnosprawnością fizyczną. Dobrze, że Pani Zuza najpierw przeczytała artykuł wstępny, bo inaczej za nic by nie zgadła, że ten reportaż jest optymistyczny i pokazuje siłę miłości, normalności i radzenia sobie ze światem z podniesionym, jasnym czołem. Reportaż ozdobiony był czarno-białymi zdjęciami, na których ciężko było coś zobaczyć. Niedoświetlone i w dodatku robione szerokokątnym obiektywem. Zdjęcia niosły w sobie duży ładunek smutku, niepokoju i... obrazu patologii społecznej. Prawie jak reportaż z rumuńskich domów dziecka, który się ukazał sto lat temu po upadku komunizmu i okazało się, do czego prowadzi polityka prorodzinna Caucescu.

      Co Pani Zuza zapamiętała z tego reportażu?... Że jak się pojawi niepełnosprawne dziecko to tatuś znika i nigdy nie chce zobaczyć swojego dziecka. Że trzeba przejść na wcześniejszą, głodową emeryturę, która nie starcza na dowóz dziecka z podwarszawskiej miejscowości na zajęcia w Warszawie. Że trzeba z setnego piętra bez windy znosić ciężki wózek inwalidzki z ciężkim synem, samej będąc maleńką kobietką. Że trzeba obsesyjnie oszczędzać prąd i siedzieć po ciemku, za to przy włączonym telewizorze. Że książki są nudne i męczą, a rozwój intelektualny należy mieć w pogardzie. Że co sąsiedzi powiedzą?!

      Pani Redaktor prawdopodobnie chciała dobrze, pisząc ten reportaż. Prawdopodobnie chciała zwrócić uwagę na problemy rodzin osób niepełnosprawnych i na codzienność, z którą muszą się borykać. Ale dlaczego ten artykuł jest taki przeraźliwie zimny, smutny, rozpaczliwy i beznadziejny? Pani Zuza, gdyby teraz nagle stała się matką upośledzonego dziecka i byłaby zbrojna  w wiedzę jedynie z takich reportaży, sama by się zastanawiała, gdzie popełniła błąd, że jej się urodziło TAKIE  dziecko? Byłaby przerażona i spanikowana i uznałaby, że pojawienie się niepełnosprawnego dziecka w jej życiu, spycha ją samą do poziomu patologii społecznej. Bałaby się własnego dziecka i pojawiłaby się przed nią wizja, że teraz właśnie staje się starą kobietą w niemodnych ubraniach i z tanią, drucianą trwałą na głowie.

      Trzeba pisać o niepełnosprawnych. Pani Zuza nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale trzeba pisać odpowiedzialnie. Nie wmawiać czytelnikom, że posiadanie niepełnosprawnego dziecka to największe szczęście na świecie. Nie tworzyć jakichś pozytywistycznych nowelek imienia Marii Konopnickiej. Trzeba pielęgnować w sobie ducha Korczaka i zawsze pamiętać, że "nie ma dzieci - są ludzie" i trawestować to hasło w zależności od potrzeby, zostawiając jednak "są ludzie" - "Nie ma normalnych i nienormalnych - są ludzie".

      Pani Zuza zastanawia się, dlaczego nigdy nie trafiła na reportaż o jednej kobiecie, która mieszka w Warszawie. Kobieta ma około czterdziestu lat, zespół Downa i niezależność godną normalnego człowieka. Wypracowała ją sobie oślim uporem. Pisze wiersze, bardzo dobre z resztą. A ostatnio wystąpiła w spektaklu realizowanym przez Instytut Teatralny. I to jest temat na reportaż! I to jest historia, która pozwoliłaby ograniczyć zostawianie niepełnosprawnych dzieci w sierocińcach. Bo ta historia pokazuje, podobnie z resztą jak dzieje Panny Marii, że jak się chce i jest się mądrym to nawet dodatkowy chromosom nie przeszkodzi w zgarnięciu wszystkiego, co jest do zgarnięcia.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuzudanslemetro
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 lipca 2012 05:51
  • czwartek, 28 czerwca 2012
    • migawka czterdziesta piąta - zaklinanie rzeczywistości

      Jakiś czas temu Pani Zuza poznała Hannę. Hanna to nie jest jej prawdziwe imię, ale z różnych przyczyn Hanna poprosiła o zmianę imienia. Trochę szkoda, bo zdaniem Pani Zuzy nie ma powodu do wstydu, że się jest przyzwoitym człowiekiem. Hanna z wielkim zapałem włączyła się w promowanie bloga o Pannie Marii i to między innymi dzięki niej i jej mrówczej pracy z rozsyłaniem informacji, siostry weszły do finału konkursu na Blog Roku. 

      Hanna pracuje w jednym z warszawskich hosteli. Jakiś czas temu, wracając z zagranicznej wycieczki, zatrzymała się w hostelu pewna pani. Z córką. Córka świetnie ubrana, starannie uczesana. Po wycieczce do ciepłego kraju pięknie opalona. Już dorosła. Dziewczyna miała zespół Downa. W sensie, ma go nadal, bo wycieczka po Warszawie nie zmieniła jej ilości chromosomów. Obie panie - matka i córka - postanowiły pozwiedzać Warszawę. 

      I tu zaczyna się pewna magia, w której udziały mają między innymi Panna Maria i Pani Zuza. Panna Maria przez to, że nie dała się zjeść światu przy wsparciu rodziny, a Pani Zuza przez to, że z uporem maniaka opisuje życie człowieka z trisomią i że może być ono normalne.

      Hanna, stała czytelniczka Panny Marii od Wierszy, siadywała ze swoim gościem, czyli Dziewczyną z Zespołem Downa i opowiadała jej o Warszawie: co warto zwiedzić, do jakich klubów i miejsc chodzą Warszawiacy i o historii Powstania Warszawskiego. Panie, zbrojne we wskazówki Hanny, pozwiedzały Warszawę, a gdy przyszedł dzień wyjazdu, matka Dziewczyny przyszła na recepcję. Wręczyła Hannie brandy, wyściskała dziewczynę i powiedziała, że jej ogromnie dziękuje za warszawskie opowieści, bo dzięki temu Dziewczyna jest absolutnie zachwycona miastem. Oraz, że Hanna jest pierwszym człowiekiem, który nie potraktował jej córki jak przygłupa. 

      Hanna spłoniła się z zakłopotania i nie wiedziała, co powiedzieć.

      I to jest właśnie jeden z większych sukcesów sióstr. Nie jakieś nagrody w konkursach, ale właśnie to, że jeśli chociaż trochę zmieniają mentalność ludzi i pokazują, że człowiek z zespołem Downa jest zupełnie normalnym człowiekiem. Z normalną percepcją, potrzebami i zachowaniami. I jeśli chociaż kilkorgu ludziom z zespołem Downa będzie lepiej, bo ktoś właśnie bez lęku z nimi porozmawia jak z normalnym człowiekiem i zacznie ich traktować normalnie, to jest ogromny sukces. Panny Marii i Pani Zuzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      zuzudanslemetro
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 czerwca 2012 11:19