blog poświęcony twórczości i życiu Marii Znosko. Osobie zupełnie niezwykłej. Dziewczynie pięknej i utalentowanej, piszącej wspaniałe wiersze, malującej piękne obrazy. Dziewczynie, która ma tego pecha, że urodziła się z zespołem Downa.
Wpisy
Nikt nie ma wątpliwości, że życie nastręcza różnych trudności. Niechcący się zrymowało, ale nie szkodzi. Dawno sióstr nie było - ani tutaj ani na facebooku. Panna Maria co prawda obiecała, że będzie prowadziła swój dziennik, żeby Pani Zuza mogła go przepisywać tutaj, ale jakoś zaniechała pomysłu. Pani Zuza myśli, że może należałoby zamiast zwykłego zeszyciku, kupić siostrze przepiękny kajet z kłódeczką, który aż się prosi, żeby zapełnić go zwierzeniami. Może wtedy Panna Maria opisze swój świat i nie pozostawi nikomu miejsca na domysły, czego też pragnie młoda kobieta, która ma zespół Downa.
A propos marzeń - któregoś dnia Panna Maria oglądała sobie w telewizorze Klan. Akurat trwają przygotowania do ślubu Maciusia - postaci, która tyleż dobrego robi na rzecz edukowania społeczeństwa w kwestii upośledzeń, co złego. Maciuś jako postać jest najnormalniej w świecie infantylny. Sam aktor, podobno, prywatnie jest rewelacyjnym człowiekiem działającym na co dzień w grupie teatralnej złożonej z osób z zespołem Downa. Zatem trwają przygotowania do jego serialowego ślubu. Panna Maria ogląda, ogląda, słucha o przygotowaniach i nagle tonem osoby, która świetnie zna życie, mówi: taaaa, ślub!
Sama Panna Maria rozpamiętuje swoją nieudaną próbę zawalczenia o miłość sprzed paru miesięcy. Może nawet odważyłaby się na kolejną rozgrywkę, gdyby nie pewien szczegół. Otóż nie ma ona numeru telefonu do swojego wybranka. Pani Zuza, zwłaszcza teraz gdy sama jest na życiowym zakręcie i gdy jej książę z bajki zrobił już wszystko, żeby udowodnić, że jest zwykłym świniopasem, rozumie siostrę doskonale. Ale z samego rozumienia problemy się nie rozwiązują. A przecież jest wiosna... czas miłości, wyznań, trzymania się za rękę i pocałunków pod krzakiem bzu, który niepostrzeżenie zwiędnie.
Panna Maria boi się śmierci i choroby bliskich. Martwi się często na zapas, że spór rodzinny może zaszkodzić dziadkowi na serce, albo że pozornie niegroźne przeziębienie siostry może przerodzić się galopujące suchoty. Któregoś dnia Pani Zuza powiedziała, że wcale nie zamierza umierać. Życie, owszem, dostarcza całych furgonetek rozczarowań, ale tak poza tym jest piękne, więc zepnie się w sobie i będzie żyła wiecznie. Pannie Marii pomysł się spodobał. Też postanowiła żyć wiecznie. "Musimy jeszcze przekonać mamę" - powiedziała.
Tymczasem wiersze Panny Marii, w formie scenariusza, trafiły do kompozytora. Powstaną z nich piosenki, a docelowo cały piękny spektakl, który będzie właśnie zachętą do tego, żeby chcieć żyć wiecznie.
Ponieważ cała rodzina jest zajęta, a nikt nie chce Czytelników zostawiać bez nowego wiersza - dziś krótka notatka, która jest tylko wstępem do wiersza.
PANTERA
pantera jest czarna
jak wrona
jak smok ognisty
a oczy złote
jak dwa słońca
świecą w ciemności
(autor: Maria Natalia Znosko)
Nadszedł czas siewów, co trochę wyklucza regularne pisanie - nie da się siać i o siewach pisać jednocześnie. Zatem siostry są teraz szalenie zajęte, ale jak tylko ogarną się z pracą i zaczną oczekiwać na zbiory, powrócą do pisania. A możliwe, że i w międzyczasie pojawią się jakieś migawki.
Tymczasem zapraszamy na fan page Panny Marii, gdzie pojawiają się skrótowe informacje dotyczące rozwoju jej kariery artystycznej.
http://www.facebook.com/pages/Panna-Maria-od-Wierszy/162337530537129
Wyjście z getta nigdy nie jest łatwe. I nie potrzeba do tego ani Trzeciej Rzeszy ani hitlerowców uzbrojonych po zęby, ani szmalcowników niuchających, gdzie się kto ukrywa. Getto można zbudować życzliwością, troską, sercem wypełnionym dobrymi chęciami. Wszyscy wiemy, co jest wybrukowane dobrymi chęciami. Przejmujemy się "naszymi drogimi niepełnosprawnymi", ale tak realnie nie wiele robimy dla nich, żeby mogli żyć jak najbardziej normalnie. Zaczyna się to już na poziomie podjazdów dla wózków inwalidzkich - niby są gdzieniegdzie podjazdy, niby są zarezerwowane miejsca parkingowe, niby jeżdżą tramwaje niskopodłogowe, ale czy próbowaliśmy kiedyś pójść z kolegą na wózku do knajpy? Na obiad, na piwo, kawę? Jak trzeba kombinować, żeby wybrać i taki punkt w mieście, gdzie naszemu koledze będzie łatwo dojechać i lokal, do którego będzie mógł wejść. Kultura osobista kelnerów czy barmanów to kolejna historia. Jedni są świetni i traktują niepełnosprawnego jak każdego innego gościa, a inni patrzą na niego jakby... jakby... jakby obawiali się, że widok kalectwa może obrzydzić innych gości.
Podobnie sprawa się ma z zespołem Downa. Istnieje obawa, że Panna Maria jest jedną z niewielu osób z trisomią, która normalnie bywa w kawiarniach, pubach, restauracjach. Że jej wypad do lokalu to nie tylko bufet na stacji benzynowej, gdzieś po środku niczego, ale też normalne towarzyskie wyjścia z grupą znajomych.
Ale Panna Maria właśnie wyszła przed bramę getta. I teraz od świata zależy, czy uzna ona, że świat jest za wielki i niebezpieczny i lepiej zawrócić, czy konsekwentnie przeć naprzód. Na razie nie ogląda się za siebie. Idzie jak burza, głowę nosi wyżej, jest śmielsza wobec ludzi, ale też i spokojniejsza. Już nie musi walczyć o uwagę i o to, żeby ludzie poważnie ją traktowali. Już jest ważna, istotna, a nawet w niektórych sprawach najważniejsza. Współpraca z Fundacją Kossakowskiego - chyba największy sukces Panny Marii, bo nie jest jej beneficjentem, ale współtwórcą projektów, które mają służyć beneficjentom. I mało, że spełnia się jej marzenie o zaistnieniu na niwie sztuki, ale jeszcze jedno marzenie - żeby pomagać chorym dzieciom. Bo Fundacja zasadniczo zajmuje się właśnie chorymi dziećmi. W każdym razie Panna Maria nie jest już rozpatrywana przez pryzmat swojej choroby, ale przez wkład pracy - i to pracy twórczej - jaki ze sobą wnosi w pracę Fundacji.
Dom Panny Marii cały zawalony jest kartkami z jej wierszami. Wciąż trwają prace nas scenariuszem spektaklu według jej tekstów. I powstaje coś jeszcze, ale o tym na razie sza, chociaż prace trwają intensywne.
W kontekście tych wydarzeń, propozycje życzliwych znajomych, żeby Panna Maria wysłała wiersz na konkurs dla ludzi upośledzonych umysłowo, jest jak propozycja, żeby wróciła z powrotem do getta.
A Pani Zuza apeluje: rozpatrujmy sztukę przez pryzmat sztuki, a nie przez to, ile twórca ma chromosomów.
Dzisiaj znowu bez wiersza. To z powodu prac nad nimi.
Ta migawka miała pojawić się już dawno. Jednak z powodu niespodzianek, jakie niesie za sobą życie, Pani Zuza musiała swoje przemyślenia odłożyć w archiwum pamięci, by wrócić do nich w wolnej chwili. I oto ta chwila nastała.
Pani Zuza sporadycznie czytuje sobie zwierzenia rodziców ludzi z zespołem Downa. Rodzeństwo jakby rzadziej się wypowiada. Prawdopodobnie dlatego, że dla rodzeństwa siostra czy brat z zespołem Downa jest tak naturalny, jak fakt posiadania rodziców i po prostu nie zastanawiają się nad tym. Oczywiście są i tacy, którzy wypierają ze świadomości rodzeństwo z trisomią i udają, że po prostu problemu nie ma. Z rodzicami zaś rzecz ma się zgoła inaczej. Każdy rodzic, o ile nie odda potomka z zespołem Downa do sierocińca, zastanawia się nad tym wciąż i wciąż, martwi się o przyszłość dziecka, buduje mu świat i troszczy się. I czasem, zapytany, dzieli się swoimi refleksjami. I tu pojawia się refleksja Pani Zuzy. Przeczytała bowiem wiele wypowiedzi rodziców, ludzi znacznie starszych od niej samej i, siłą rzeczy, bardziej doświadczonych. W przeważającej większości odrzucających od siebie fakt, że ich dzieci chciałyby być samodzielne i same decydować o sobie. Niepokojem napawa ich myśl, że któregoś dnia ich zabraknie a dziecko będzie musiało zmierzyć się ze światem i nie widzą, że tworzą społeczne kaleki, którym nie dają samodzielnie pojechać autobusem do szkoły, zrobić zakupów czy ugotować zupę, choćby ta - robiona po raz pierwszy - miałaby być paskudna. Czy gdyby była magiczna pigułka, która pozwoliłaby człowiekowi z zespołem Downa stać się normalnym, daliby ją dziecku? Na ogół nie. Tłumaczą to, że przecież ich Zosia, Marysia, Staś nie byliby wtedy tym samym człowiekiem, którym są teraz. Pani Zuza jednak podejrzewa tu coś innego, zapewne nieuświadomionego - że nie daliby tej pigułki dziecku, bo automatycznie stracili by nad nim kontrolę. A przecież fajnie jest mieć taką istotkę, która jest od nas całkowicie zależna, o którą dbamy i nie pozwalamy skrzywdzić. Tak, tylko, że te istotki to są normalni ludzie. Ludzie, którzy mają swoje pragnienia, oczekiwania, marzenia. A nadmierna troska rodzica zarzyna te marzenia zanim porządnie dojrzeją.
Któregoś wieczora, przed snem, Pani Zuza obejrzała film "Benny i Joon". Nienajlepszy, ale ciekawy. Głównie przez rolę młodziutkiego Johnny'ego Deppa, grającego wielbiciela slapsticku. Tytułowa Joon jest upośledzoną umysłowo dziewczyną, którą opiekuje się brat. Bardzo odpowiedzialny, starszy brat, który - kiedy Joon zakochuje się w bohaterze granego przez Deppa - nie pozwala swojej siostrze żyć na własny rachunek. W efekcie różnych perypetii dziewczyna trafia do szpitala dla psychicznie chorych i nie chce z niego wyjść. I wtedy jej brat przychodzi do niej i rozmawia z nią, a ona opowiada mu o tym, że marzy o tym, żeby żyć po prostu, żeby nie być wiecznie laleczką, którą trzeba nakarmić i ubrać, że marzy o miłości i że dlaczego on jej na to nie pozwala? Jakim prawem? I wtedy pada bardzo trafne pytanie: dlaczego mnie tak nienawidzisz? A przecież brat nie wpadł na pomysł, że jego troska może być odebrana jako nienawiść, wrogość... Film kończy się sceną, kiedy Joon z ukochanym robią tosty z serem za pomocą żelazka.
Bajka. Ale kto powiedział, że życie nie może wyglądać jak bajka?
NOCE
Noce są chłodne
żal
gwiazdy znak
księżyc spada na usta
luty
wichura
(autor: Maria Natalia Znosko)
P.S. Informacja dla zainteresowanych uwikłaniem rodziny Panny Marii w urzędnicze absurdy: walka trwa, a o efektach będziemy informować zarówno tu, jak i na FB.
Prace nad spektaklem według tekstów Panny Marii ruszyły. Reżyserka opracowuje scenariusz, aktorzy są w pełnej gotowości do rozpoczęcia prób, trwają poszukiwania kompozytora, który stworzy muzykę najdoskonalej pasującą do wierszy autorki. Jest już nawet wstępny termin premiery. Wydawało by się ogromny sukces, zważywszy, że intensywna praca nad promowaniem twórczości Panny Marii nie trwa nawet roku, a tu proszę - spektakl powstaje, wiersze drukowane w periodyku Stowarzyszenia "Bardziej Kochani", audycja w radio, nominacja do nagrody głównej w konkursie... Kto by pomyślał jeszcze rok temu, że to tak się rozwinie i nabierze takiego tempa.
Ale życie, jak już pogłaszcze człowieka, to nie zapomni też mu przyłożyć płytą chodnikową w zęby. Tak, żeby czasem nie zapomniał, gdzie jest jego miejsce.
Nad głową Panny Marii zebrały się poważne gradowe chmury. Otóż mieszkanie, w którym rodzina żyje od momentu oddania lokalu do użytku (co opiewa na wiele dziesiątek lat) jest zadłużony. Bywał już zadłużony, jednak wszystkie należności - prędzej czy później - były spłacane. Teraz też by były, bo dług jest długiem i spłacić trzeba. Niestety, zarządcy poczytali chyba "Nędzników" Victora Hugo lub obejrzeli "Dług" Krauzego i uznali to za świetne dzieła instruktażowe, jak wykończyć kogoś finansowo, nerwowo i psychicznie. Nagle, bez żadnej zapowiedzi ze strony zarządcy, przyszła informacja o ściąganiu należności przez komornika. Cała rodzina to artyści, nikt nie ma stałych dochodów. Zajęta więc częściowo została emerytura dziadka Panny Marii. Dziadka, który jest wspaniałym plastykiem, jego projekty mozaik zdobią mury Ambasady Polskiej w Pekinie, filharmonii w Rzeszowie, a wiele z jego dzieł znajduje się w kolekcjach na całym świecie. Pani Zuza, korzystając więc z pełnomocnictwa, zaczęła negocjacje z zarządcą, by odstąpił od postępowania komorniczego. Że spłacą dług, tylko proszą o uwolnienie emerytury dziadka. Zarządca pogawędził, zgodził się, że wszystko jest do dogadania, po czym spotkawszy matkę sióstr, nawrzeszczał na nią, że jej córka zobowiązała się do spłaty a nie płaci, i że skoro się taki głupi zawód wybrało to niech cała rodzina idzie pracować do lidla na kasie! I że nie przyjmie nikogo z tej rodziny na rozmowę! Bo Pani Zuza - złośliwie zapewne - zasypuje go pismami. Fakt, że gdyby odpowiedział na jedno bodaj pismo to Pani Zuza nie pisałaby tego samego pisma po raz setny, jakoś mu umknął. Wreszcie odpowiedział pisemnie. Szkoda tylko, że nie na temat.
I nagle kolejny wstrząs! Nagle przychodzi pismo, że dług wcale się nie zmniejsza (a rodzina wpłaciła dość poważne pieniądze, tak mniej więcej połowę długu) i jest jeszcze jeden dług-niespodzianka, który dotychczas zarządca trzymał w tajemnicy, ale jest. Oraz groźba nowej sprawy sądowej o zadłużenie. Jakby tego było mało, zarządca w swoim ostatnim piśmie informuje, że wpłaty opisywane przez Panią Zuzę nie wpłynęły. Interesujące, zważywszy, że Pani Zuza ma na nie kwity, oraz zostały przez zarządcę zaksięgowane. Gdzie się podziały w takim razie pieniądze?...
Przyjaciele słuchając o ciężkiej sytuacji, radzą, że przecież Panna Maria jest niepełnosprawna i powinno jej przysługiwać dofinansowanie do mieszkania, jakieś ulgi. Przecież jest prawnie chroniona jako osoba specjalnej troski. Wydawałoby się, że w normalnym państwie tak właśnie jest. Ale nie w Polsce. W Polsce Panna Maria mogłaby się starać o dofinansowanie, gdyby była leżąca, niechodząca, całkowicie niesprawna i skazana na dobrą wolę innych. A i to nie jest pewne, czy by dostała jakąś zapomogę.
Sytuacja mogłaby nie być dramatyczna, gdyby zarządca podjął rozmowę, sprolongowałby dług, zważając, że długi zawsze były spłacane, wyjaśnił zasady księgowania - skoro coś wpłynęło a jego zdaniem tego nie ma i nie wmawiał, że rodzina podpisała zobowiązanie, którego nawet nie widziała. Nie krzyczał w sposób obelżywy, że trzeba iść pracować do lidla. Nie mówiłby o Pani Zuzie z pogardą "to ta aktorka!". Nie odmawiałby spotkania, co jest jednym z praw spółdzielcy, a jego - zarządcy - obowiązkiem jest się spotkać.
Matka (również artystka o ogromnym dorobku, która chwilowo się znalazła w kryzysie) martwi się, zarządca swoim stosunkiem do niej i złym traktowaniem spowodował, że się po prostu boi. Boi, że razem z niepełnosprawną córką i dziełami sztuki wyląduje na bruku. Lub w lokalu zastępczym, mając za sąsiadów wyrokowców i margines społeczny. Panna Maria z nerwów stała się kłótliwa i rozdrażniona. Pani Zuza walczy. Walczy o normalną ludzką uczciwość i uchronienie swojego ukochanego dziadka od kolejnej sprawy egzekucyjnej. Zaproponowała nawet, że złoży siebie w ofierze. Niech tylko dziadek przepisze lokal na nią - że ona jest głównym lokatorem i niech ją zarządca zastrasza. Ona sobie poradzi. Ale i tu pojawia się niespodzianka! Lokal musi być spłacony, żeby ustanowić kogo innego głównym lokatorem. Ręce opadają. Prawo nie dla ludzi, a dla przepisów, zaoczne rozprawy dokonywane przez komputery bez rozpatrywania racji obu stron. I brak - już nawet nie empatii, a zwyczajnie - dobrego wychowania. Szykany i zastraszanie starszego człowieka i samotnej kobiety z niepełnosprawną córką.
Pani Zuza wpłaciła wczoraj na konto zarządcy jakąś niewysoką kwotę, pełna świadomości beznadziejności tego faktu. Co z tego, że rodzina wpłaca każde pieniądze; co z tego, że rok temu, bez większych problemów mogła spłacić długi rodziny; co z tego, że zła sytuacja jest tylko przejściowa? Zarządca postara się, żeby była permanentna. Właściwie nawet nie wiadomo, dlaczego?
I taka refleksja: spieszmy się kochać Norwida, kiedy jeszcze żyje i potrzebuje pomocy, a nie wtedy kiedy już leży w zbiorowej mogile i wisi mu, że został obwołany jednym z największych poetów. Spieszmy się pomóc Katarzynie Kobro zanim porąbała swoje rzeźby, żeby móc napalić w piecu i ugotować swojej córce jedzenie. Nie opłakujmy Mozarta, że podzielił los wielu i z wieloma tę mogiłkę zasypaną wapnem, tylko pomóżmy mu, zanim nie jest za późno...
Co się stanie jeśli zarządca nadal jako jedyne rozwiązanie sytuacji będzie widział szybkie wpłacenie dość poważnej kwoty? Matka wpadnie w depresję, stan zdrowia dziadka się znacznie pogorszy (a może i skończy tragicznie), wszelkie szanse Panny Marii na odniesienie sukcesu zostaną zniwelowane, a Pani Zuza...
KROPLE
kropla żalu
spada z ust
jak w maju
to wiem
ta sama płynie
łza
policzki
kropla
kraina marzeń
(autor: Maria Natalia Znosko)
Aukcja się odbyła.
Kiedy Pani Zuza przyszła do Galerii Apteka Sztuki, Panna Maria z przejęciem układała pocztówki z obrazami Jana Eustachego Kossakowskiego wokół koszyczka z napisem "wolne datki". Zamysł był taki, że każdy mógł wrzucić do koszyczka, ile uważa, a w zamian wziąć pocztówkę z którymś z fantastycznych obrazów patrona fundacji. Panna Maria, odziana w szlachetną czerń, czujna na każde wydarzenie około aukcyjne, nie chciała nawet obejrzeć papużek, które mieszkają w galerii. Za to na każde wezwanie, że "ej, dziewczyny, szybka narada" reagowała pierwsza. Podchodziła z poważną miną, kiwała głową i słuchała z uwagą. Pomagała ustawiać wodę z cytryną na stoliku, rozkładać aukcyjne lizaki i przyklejać do witryny informację, że to właśnie tu. Witała gości, a kiedy aukcja się rozpoczęła, usiadła przy stoliku z boku tak, by być gotową w każdej chwili wyjść przed gości i pełnić funkcję twarzy akcji "Artyści Jednorożca".
Wreszcie publiczność się zebrała. Anira Wojan, założycielka fundacji i niewyczerpany gejzer pomysłów, przedstawiła fundację oraz artystów z nią związanych. Przekazała mikrofon Pannie Marii. Panna Maria ze swadą wyszła, przejęła mikrofon, przywitała się i... "co mam powiedzieć?" - zapytała Anirę donośnym szeptem. "Zapowiedz swoją siostrę". Panna Maria, odzyskawszy pewność powierzonych jej zadań, w iście szołmeńskim stylu zapowiedziała "moja siostra! Zuza Gaińska Karolina!". Pani Zuza wyszła, przeczytała dwa wiersze siostry - "Ściany" i "Księżyc". Autorka i aktorka zebrały brawa i przekazały mikrofon Dorocie Brodowskiej, która opowiedziała o projekcie, jaki zamierzają zrobić w ramach fundacji. A projekt jest taki: Jan Eustachy Kossakowski był wybitnym kardiochirurgiem, który ratował dziecięce serduszka. W którymś momencie życia dostał wylewu, po którym był właściwie sparaliżowany. Jednak nie poddał się swojej niepełnosprawności i lewą ręką, tą którą miał sprawną, zaczął malować. W ten sposób powstały jedne z ciekawszych prac nurtu polskiego prymitywizmu. Osobistym zdaniem Pani Zuzy, znacznie lepsze niż obrazy Nikifora. Jakiś czas temu Anira Wojan, razem z rodziną Jana Kossakowskiego, założyła fundację. A celem jej jest dotrzeć ze sztuką do tych, którzy zostali wykluczeni z życia, czyli do małych pacjentów szpitali. Zatem w oparciu o teksty Panny Marii ma powstać spektakl w reżyserii Doroty Brodowskiej, który będzie spektaklem wędrującym po oddziałach szpitalnych. To tak w skrócie.
Wracamy do samej aukcji. Prowadzącym był Jarosław Boberek, znany wielu jako głos niezrównanego króla Juliana oraz jako świetny aktor warszawski. Aukcję prowadził wspaniale - gdzie trzeba było zażartował, gdzie trzeba było odwoływał się do rozsądku licytujących ("proszę kupować, jestem pewien, że nikt z państwa nie ma w domu jednorożca"), dość powiedzieć, że wszystkie prace - a było ich 25 - zostały sprzedane w pół godziny! A wśród kupujących była pani Maja Komorowska, która kupiła trzy, czy może nawet cztery obrazy.
Po aukcji, kiedy ściany zostały ogołocone z dzieł Kossakowskiego, Panna Maria robiła sobie zdjęcia z Jarosławem Boberkiem (w ten sposób będzie miała kolejne swoje zdjęcie w towarzystwie sławnego człowieka. Jedno już ma ze Staszkiem Sojką). I nagle do galerii weszło dwóch kibiców, którzy byli właśnie w drodze na mecz. Weszli, trochę się pokręcili, zrobili sobie zdjęcia telefonami, że są w takim miejscu i grzecznie mówiąc "do widzenia", poszli sobie. Pani Zuzie przypomniał się czas, kiedy Dorota Brodowska wraz z przyjaciółką Katarzyną Boruń-Jagodzińską prowadziły na Grochowskiej Galerię Nigdy-Nigdy. Do galerii zawsze, kiedy tylko była otwarta, przychodziło mnóstwo okolicznych mieszkańców, wypytując o dzieła sztuki, o sztukę w ogóle, czy po prostu posiedzieć i pogadać. A byli to ludzie, których na pierwszy rzut oka nikt by nie posądził o bodaj śladowe zainteresowanie sztuką. Taaak, decydenci kastrujący sztukę i rozrywkę na poziomie powinni czasem zejść na ziemię i zobaczyć, że jeśli człowiek ma możliwość to lgnie do sztuki. I nieprawdą jest, że chce oglądać tylko seriale, reklamy i głupie teleturnieje.
Po aukcji wszyscy w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, rozeszli się do domów. A wiosna już była w powietrzu.
Wiosna - początek czegoś nowego...
RAJ
wiosennie
rozkwitną te same kwiaty
letni znak
zimowe
chłodne noce
(autor: Maria Natalia Znosko)
P.S. Kiedy Pani Zuza spisywała powyższy wiersza, a Panna Maria jej dyktowała, przysłuchująca się temu Matka zapytała "A gdzie pointa?". "Sama jesteś pointa!" odpowiedziała Panna Maria, która nie pozwala ingerować w jej twórczość.
Jakoś tak wyszło, że siostry rzadziej mają czas zajmować się pisaniem. Panna Maria po serii niepowodzeń w podjęciu pracy (kilka rozmów kwalifikacyjnych w firmie pokrewnej do tej, w jakiej pracowała i nikt jej nie chciał), zdecydowała się podjąć praktyki w którymś z ośrodków pomocy społecznej, co zgodne jest z jej marzeniami, żeby pomagać potrzebującym. No tak... ale praktyki to nie praca. A renty dla osób niepełnosprawnych w naszym pięknym kraju są tak niskie, że nie dają najmniejszych szans na chociażby próby samodzielnego życia. Pomijając już fakt, że niektórzy ludzie z zespołem Downa mają przyznawane tylko czasowe renty, co oznacza konieczność powtarzania procedury starania się o rentę co jakiś czas. Panią Zuzę nawet interesuje mentalność urzędników, którzy wydają takie a nie inne decyzje. Czyżby urzędnicy wierzyli w cuda i uważali, że po roku człowiek z zespołem Downa nagle ozdrowieje, zrobi maturę, pójdzie na studia, zdobędzie dobry zawód i nie będzie mu potrzebne już żadne wsparcie? Znana jest anegdota o facecie, któremu ucięło nogi, a urzędnicy co jakiś czas przyznawali mu czasową rentę. Wreszcie zdenerwowany lekarz, w opinii potrzebnej do przyznania zasiłku, wpisał: "Panu X.Y. ucięło nogi. Nie odrosną!". Takie historie zdarzają się chyba tylko u nas. Pomijając już fakt, że na całym świecie system wspierania osób specjalnej troski (w tym kobiet w ciąży, osób niepełnosprawnych ruchowo, intelektualnie i starszych) działa jakby sensowniej. Zapomogi pozwalają na normalne, chociaż skromne życie; a praca też jakoś się znajduje. Niedawno przyjaciółka Pani Zuzy była zszokowana, że Panna Maria - ze swoim sprytem, obyciem i inteligencją - nie może znaleźć pracy. Przyjaciółka wróciła właśnie ze swojej małej emigracji. W miasteczku, gdzie mieszkała, w sklepiku pracowała dziewczyna z zespołem Downa. U nas, nawet jeśli już ktoś zatrudni człowieka z zespołem Downa, to go chowa na zapleczu. Pewnie po to, żeby nie kalać wzroku klientów i nie psuć im dobrego samopoczucia. Albo może po to, żeby ich nie obrzydzać?... Tych klientów...
Proza życia prozą życia, ale trochę poezji i magii też się przydaje. Pannie Marii udział w konkursie dodał wiatru w skrzydła. Owszem, najpierw po swojej - i w swoim mniemaniu - wielkiej porażce leżała na łóżku, ogłosiła, że będzie patrzeć w sufit oraz upasie się do monstrualnych rozmiarów, ale instynkt życia i tworzenia jest na szczęście silniejszy od entropii. Panna Maria podniosła się, napisała kilka nowych wierszy i... została twarzą kampanii Artyści Jednorożca. W ramach tej kampanii (prowadzonej przez Fundację Kossakowskiego) powstanie spektakl "Złota woda" na podstawie tekstów Panny Marii, który będzie spektaklem objazdowym po szpitalach dziecięcych i częścią programu Art-Terapii.
A tutaj link do strony Fundacji: http://fundacjakossakowskiego.pl/artysci-jednorozca
Za chwilę również Panna Maria będzie spełniać oficjalną rolę, jako Artystka Jednorożca. 16 marca w warszawskiej Galerii Apteka Sztuki odbędzie się aukcja obrazów Jana Kossakowskiego. Dochód z aukcji przekazany będzie właśnie na realizację projektów artystycznych, których odbiorcami i uczestnikami będą pacjenci ze szpitali dziecięcych. I tutaj znowu link i jednocześnie zaproszenie: http://www.facebook.com/events/182080141907690/
Panna Maria i Pani Zuza, w imieniu Fundacji serdecznie zapraszają na aukcję. Prowadzącym będzie Jarosław Boberek (aktor znany z doskonałego dubbingowania wielu postaci, jak choćby niezapomniany Król Julian, ale też i z doskonałych ról teatralnych), a przed aukcją zostaną przedstawieni twórcy Fundacji Kossakowskiego i Artyści Jednorożca. Zapraszamy!
A na koniec świeżutki, najnowszy wiersz Panny Marii.
WSZYSTKIE ANIOŁY POSZŁY SPAĆ
śnią błękit nieba
i czerwień piekła
anioły są lekkie
śpią
polecą do nieba
spadają do piekła
(tekst: Maria Natalia Znosko)
Panna Maria, jako twórca, wymaga specjalnego mentalnego parasola - chronienia jej samorodnego talentu; zachęcania do pracy; mówienia jej, jak ważna jest jej praca i niezachwiana wiara w jej talent. Wymaga też niezwykłej subtelności w wyrażaniu opinii, kiedy nie jest zbyt entuzjastyczna. Czyli niczym, ale to absolutnie niczym nie różni się od innych twórców. Każdy artysta potrzebuje poklasku, uwielbienia i wiary w jego talent. Bo nie jest prawdą, że tworzy się z potrzeby tworzenia i dla samego siebie. Dla samego siebie można sobie prowadzić monologi wewnętrzne i napawać się zgrabnym ujęciem myśli. Twórca, który swoje myśli przeleje na papier, płótno; nada kamieniowi kształt swoich myśli lub wyśpiewa wszystkie emocje świata, potrzebuje publiczności, bo to ona nadaje sens jego twórczości. Publiczność jest probierzem jego możliwości. To ona pokazuje artyście, czy ma sens i czy może jeszcze mocniej i intensywniej przekazywać skrawki swojej duszy ludziom. Czy Matejko malował "Bitwę pod Grunwaldem" po to, żeby powiesić ją sobie w salonie i zachwycać się własnym kunsztem?...
Ale kiedy pojawi się twórca, który zdecydował się pokazać swoją twórczość światu, zaraz znajduje się grono ekspertów, którzy wiedzą lepiej, co zrobić z materią. Nie szkodzi, że sami mogli to samo zrobić wcześniej, ale nie zrobili. Teraz widzą gotowy produkt i coś daje im prawo do - życzliwego w zamierzeniu - korygowania dzieła. A prawda jest taka, że najłatwiej krytykować kiedy jest się z boku, kiedy samemu nic się nie robi, tylko jest się odbiorcą i myśli się, jak samemu by się coś zrobiło.
Pani Zuza uznała, że nie będzie Pannie Marii przekazywać pewnych rzeczy. Po co? Żeby się przejęła i zwątpiła w swój talent? Po co mówić Pannie Marii, że ktoś tam uznał, że dobrym pomysłem będzie podpowiedzieć, że może "warto by było, gdyby zmieniać Marii jej górnolotne frazy na coś mniej egzaltowanego"? Przecież wtedy nie byłyby to już wiersze Panny Marii, świetne właśnie przez to, że są takie jakie są - autentyczne. Byłyby wtedy sprowadzone do tego, czego sporo ludzi się spodziewało - do wierszyka poprawianego przez nadgorliwą siostrę czy mamusię. I faktycznie, wtedy miejsce jej twórczości byłoby jedynie w periodykach poświęconych art-terapii.
W teatrze panuje taka piękna zasada: "Nie drapiemy się po cudzych jajach". Może dosadne określenie, ale dobrze oddaje istotę sprawy - żaden dobrze wychowany aktor nie będzie poprawiał kolegi, który właśnie buduje swoją rolę. Nawet jeśli z boku wydaje się, że inaczej będzie lepiej. Każdy ma swoją drogę do dążenia do doskonałości. Każdy ma prawo zbudować swoją partię po swojemu. Ma prawo też się pomylić i nie zrobić kreacji życia. A jeśli któryś z kolegów scenicznych nie wytrzymuje i daje uwagi, zawsze można mu odpowiedzieć: "To chodź tutaj i zrób to lepiej sam, skoro potrafisz". Z boku najłatwiej. I nie zapominajmy o tym, kiedy dajemy komuś dobre rady, że może lepiej byłoby poprawiać wiersze Marii; a może lepiej by było gdyby na blogu były same wiersze; a może lepiej by było gdyby na blogu były tylko opowiastki o Marii; a może lepiej gdybyście tego w ogóle nie pisały.
Może i lepiej. Ale wtedy świat łykałby wiedzę, że człowiek z zespołem Downa jest taki, jak nam to przedstawia pewna telenowela, co niekoniecznie odzwierciedla prawdę o ludziach z trisomią.
Dzisiaj zamiast wiersza pisanego, link do audycji radiowej Inspirator (radio Kampus), którą prowadzi Maja Baczyńska. W audycji tej zaprezentowane zostały wiersze Panny Marii.
W każdym razie dynia pozostała dynią i można z niej co najwyżej zrobić zupę. Tym samym potwierdziła się zasada, że warzywami zaprzężonymi w drobne zwierzęta domowe, kiepsko się jeździ.
Panna Maria ma już za sobą swój wielki dzień. Siedziała obok swojej siostry podczas gali, a kiedy na wielkim telebimie pokazano blogi nominowane w ich kategorii, mocno ścisnęła siostrę za rękę. Na scenę wyszedł juror, Zygmunt Miłoszewski i zaczął mówić o zwycięzcy. Nie padło jeszcze żadne nazwisko, ale Pani Zuza już wiedziała, że to nie one. "To nie my" - szepnęła siostrze do ucha. Uścisk łapki się rozluźnił. Panna Maria do tej pory zachwycona galą, światłami, statuetkami, prowadzącymi imprezę, Maciejem Orłosiem i Anną Maruszeczko, nagle zrobiła minę mopsika i odsunęła się od siostry. Było jej bardzo przykro, ale póki siedziała na widowni, trzymała fason i uważnie śledziła wszystko, co się dzieje na scenie. Zachwycona występem Wilków, klaskała.
Ale gala się skończyła i nastąpiła część nieoficjalna. Panna Maria usiadła na kanapie, wypiła drinka i siedziała smutna. Pani Zuza tłumaczyła jej, że to i tak wielki sukces, że z nikomu nie znanego bloga, ich wspólna praca stała się blogiem czytanym i że weszły do finału. Tłumaczyła, że to że teraz przegrały to nie znaczy, że ich praca nie miała sensu, tylko że może teraz trzeba pomyśleć, co dalej zrobić z tym wspólnym dziełem. No i przede wszystkim - że znalazły się tu jednak z powodu sukcesu a nie porażki. Ale Panna Maria marzyła o statuetce, laptopie, a może pięknej wycieczce. Tylko biżuteria, która też była wśród nagród nie robiła na niej wrażenia. Wstała, poszła do toalety i się popłakała. Pani Zuza poszła za nią. Cierpliwie poczekała na siostrę, a potem poprawiła rozpłynięty we łzach makijaż i przypudrowała mały nosek siostry. Namówiła ją nawet na drugiego drinka i coś do jedzenia.
Panna Maria do końca wieczoru siedziała jednak naburmuszona. W dłoniach ściskała dyplom, jaki dostawał każdy z nominowanych do nagrody. Obiecała sobie, że ten dyplom powiesi w pokoju na honorowym miejscu.
A kiedy już siostry, ich matka i osoba towarzysząca Panny Marii czekali przed budynkiem na taksówkę, podszedł do nich Zygmunt Miłoszewski. Poznał się z Panną Marią, pogadali chwilę o blaskach i cieniach w życiu twórcy i o tym, że nie zawsze się wygrywa. O znakach zodiaku i o tym, że jak Panna Maria wyda swoją książkę, to ofiaruje jeden egzemplarz z dedykacją Miłoszewskiemu. Podczas tej pogawędki Panna Maria odżyła i już się śmiała, żartowała i była pełna gotowości do zawierania nowej przyjaźni. Wypytała jurora o życie rodzinne i poprosiła, żeby pozdrowił od niej żonę i małego synka.
A Pani Zuza, kiedy już wróciła do domu uświadomiła sobie, że wykonała kawał dobrej roboty. Bo nawet jeśli ludzie są bardzo mili i otwarci na innych, to jednak często zdarzało się, że w rozmowie z Panną Marią przejawiali pewien dystans. Życzliwy, ale jednak. I to się zmieniło. Panna Maria stała się normalnym rozmówcą, nawet jeśli pogawędka z nią odbiega od ogólnie przyjętych standardów.
GORZKA 4
gorzkie łzy płyną
przejrzysta rzeka płynie
jak gorzka łez fala
kocham cię
(autor: Maria Natalia Znosko)
| Pn | Wt | Śr | Cz | Pt | So | Nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 |